Na wstępie chciałabym podziękować za komentarze, w ogóle wszystkie, bo cieszę się, że są osoby, które lubią „mnie czytać”, ale również te krytyczne. Bo zmuszają mnie do myślenia, do analizowania i zastanawiania się nad kwestiami, które teoretycznie już miałam dokładnie przemyślane wzdłuż i wszerz.

Tym razem więc , zamiast pisać wciąż o sobie, chciałabym zastanowić się, jak to jest ze szczęściem dziecka, kiedy rodzice się rozchodzą. Czy rozwód rodziców musi równać się traumie, krzywdzie dziecka? Mam tutaj na myśli dziecko w wieku od wczesnych lat przedszkolnych wzwyż. Nie chciałabym zajmować się wpływem na maleńkie dzieci, niemowlęta, choć jest on również bardzo istotny.

Otóż, każda pozycja literacka podaje , że najkorzystniejsze dla rozwoju dziecka jest życie w pełnej rodzinie, czyli mama+ tata+ dziecko/dzieci. Owszem. Zgodzę się z tym. Jednak takie warunki sprzyjające rozwojowi dziecka istnieją dotąd, dokąd między rodzicami wszystko się należycie układa, atmosfera jest pełna miłości, szacunku i zrozumienia. Oczywiście kłótnie i spory jako rzecz wręcz konieczna- dziecko uczy się wtedy bronić własnego zdania, ale również godzić ( pozytywna wartość kłótni jest tym większa im z większym szacunkiem jest ona „uskuteczniana”). Natomiast co dzieje się, kiedy następuje rozłam, rodzice się rozchodzą. Według literatury, następuje zaburzenie funkcji, jakie rodzina powinna spełniać wobec dziecka.

Zadaję sobie następujące pytanie. Czy tak musi się dziać w każdym przypadku? Czy rozwód równać się musi unieszczęśliwieniu dziecka? Nie mam na myśli sytuacji patologicznych, kiedy to rozejście się rodziców jest błogosławieństwem- alkohol, przemoc itp. Mam na myśli „normalną” rodzinę, w której rodzice dochodzą do wniosku, że ich drogi muszą się rozejść, a za cel stawiają sobie szczęście dziecka na pierwszym miejscu, i oczywiście swoje, bo gdyby było inaczej, trwaliby w związku , który zupełnie nie daje im żadnej satysfakcji.

Oto fragment mojej wypowiedzi z przeprowadzonej ostatnio ciekawej dyskusji na powyższy temat. Obawiam się bowiem, że ujęcie w słowa po raz drugi tego co z niejakim trudem przyszło mi za pierwszym razem mogłoby się odbyć kosztem wartości merytorycznej.

„Oczywiście dobro dziecka jest dla mnie wartością nadrzędną. W sytuacjach krytycznych, tak jak piszesz- oddałabym za małą życie. Wszystko. Jeśli zaś chodzi o rozwój w pełnej rodzinie- owszem – takie jest stanowisko 99.9% społeczeństwa i psychologów dziecięcych. Chodzi oczywiście o to, żeby dziecko było otoczone miłością, miało wzór – rola kobieca, rola męska. Inaczej opiekuje się mną tata, inaczej mama- to wszystko dziecku jest potrzebne. Natomiast ja kłóciłabym się, czy, żeby zapewnić to wszystko dziecku- rodzice muszą być razem i kochać SIEBIE nawzajem. Bo, jeśli dziecko będzie pewne, że OBOJE z rodziców, kochają właśnie je, bez gadania ” a bo mamusia to jest taka a tatuś to taki”, to żadna krzywda się moim zdaniem nie dzieje. Najważniejsze- musi mieć pewność, że to co się dzieje to nie jego wina, bo taką dzieci sobie często przypisują. I równie ważne moim zdaniem. W mojej teorii oczywiście, z którą absolutnie nie musisz się zgadzać. Dziecko pojmie rozejście się rodziców jako traumę i tragedię, jesli sami rodzice tak ją będą pojmować. Jeśli rodzice przyjmą temat w sposób naturalny- czyli : w porządku, był czas kiedy nie widzieliśmy poza sobą świata, ale stało się coś, nagle, albo może działo się latami, tylko nie widzieliśmy tego- co sprawiło, że nasze drogi muszą się rozejść- w porządku. Takie jest życie, dajmy sobie szansę na to, żeby zacząć coś nowego, to naturalna sytuacja, że czasem uczucia przemijają, i NIE MOŻNA dopuścić, żeby brak uczuć przemienił się w niechęć czy nienawiść. Do sedna- jeśli rodzice uznają sytuację za naturalną, normalną, dziecko też za taką ją przyjmie. Ważne, by dbać o kontakt z dzieckiem, tak ojca jak i matki. Oczywiście moja teza nie jest poparta żadnymi badaniami. To tylko teza. Ale nie wydaje mi się nie mieć logicznych podstaw. Jeśli chodzi o dłuższą rozłąkę z tatą- czyli np. będą widzieć się raz na tydzień, w weekendy, oczywiście jeśli będzie możliwość ( bliskie miejsce zamieszkania) , mogą i codziennie. Ale wątpię, by to się udało. Otóż, jeśli chodzi o tę rozłąkę- też… nie widzę tutaj tragedii , jeśli chodzi o rozwój. No bo, przecież teraz mnóstwo ludzi wyjeżdża za granicę choćby w celach zarobkowych, nie widzą się z dziećmi tygodniami. I nikt nie pojmuje tego jako traumy. A rodziny marynarzy…? Wpływ sytuacji na dziecko jest zależny tylko i wyłącznie od podejścia rodziców.”

Pytanie zwrotne- czy, jeśli my, rodzice przyjmiemy rozwód jako rzecz naturalną, to czy nie zaszczepimy takiej postawy dziecku? Czy dziecko nie będzie miało błędnego podejścia do trwania rodziny?

Otóż… Ja naprawdę , z całą odpowiedzialnością za to co teraz powiem, uważam, że rozejście się dwojga ludzi to rzecz ZUPEŁNIE NATURALNA. No bo, jaki jest sens trwania razem, jeśli kobieta i mężczyzna ( ok, kobieta i kobieta, mężczyzna i mężczyzna – posiadający potomstwo) są razem tylko i wyłącznie dlatego, że łączy ich sakrament, albo umowa zawarta w USC? Jeśli tematy do rozmów skończyły się lata świetlne temu, nie ma potrzeby spędzania czasu wspólnie, przychodzi moment, w którym wzajemna obojętność przeradza się w niechęć, a nawet nienawiść. Czy wtedy dziecko jest szczęśliwe? Z całą pewnością nie. I jeśli w przyszłości, jako dorosły człowiek podejmie decyzję o rozstaniu( oczywiście wtedy jeśli nie istnieją szanse na „reanimację” związku- w imię szczęścia własnego i/lub dziecka- uznam, że jest bardzo mądrym człowiekiem.

Potrzeba jedynie chęci obu stron do tego, żeby w taki sposób dziecko odebrało zmianę sytuacji. Wszystko zależy od dojrzałości, inteligencji emocjonalnej rodziców. I ich inteligencji w ogóle.