Zawsze podziwiałam kobiety, które mając dzieci ogarniają i pracę, i jakąś karierę. Nie muszą być naczelnymi Vogue’a , ale każdą inną pracę mogę zaliczyć pod „karierę”, nawet sprzątanie, które zamierzam pouskuteczniać od dnia dzisiejszego i to nie we własnym domu ( od czegoś trzeba zacząć, zawsze można poznać kogoś, kto umożliwi dalszy rozwój, doradzi, pokieruje- bez skojarzeń, drodzy moi, TY który wiesz o kim mówię też :D ). Korzyści są dwie. A nawet trzy wliczając ruszenie moich czterech liter do jakiejś gimnastyki. Mianowicie: zarobię na waciki ;) no i … ucieknę z domu na wieczór.

No… tylko ta ucieczka wiąże się z zostawieniem dziecięcia. Niby nie samego, pod opieką taty, który jak chce to potrafi spędzać czas z małą. No, a zostawienie dziecięcia wiąże się z wyrzutami, że ja taka wyrodna matka, bo cieszę się jak idiotka, że wieczory będę spędzać w pracy. No i tłumaczę sobie, że przecież life is life, brutal i tak dalej. Że nie może być ciągle przy maminej spódnicy. Że nie ja pierwsza i nie ostatnia do tej pracy… Że mała poza przedszkolem i tak zawsze pod moją opieką i że w końcu NALEŻY mi się wyjście choćby do tej cholernej pracy…ale tak jakoś mi się wydaje, że nie miałabym z tym problemu, gdybym szła do pracy jak do kieratu, namarudziłabym się najpierw że nie chce mi się itd. A że ja jak na skrzydłach, to czuję się jakbym… bo ja wiem?

Szukam sobie na siłę problemów prawda? :D