Mój ostatni wpis nasunął mi pewną myśl… Nawiązałam tam do koleżanki chorej na raka, no i że mój ojciec też był chory na tego, co to do tyłu chadza.

Zdałam sobie sprawę, że więcej żalu i bólu czułam, kiedy chorowała koleżanka niż mój własny ojciec. No bo ojciec… mhm. Alkoholik. Potrafił pić 3 miesiące codziennie, żeby potem przez kolejne 3 być trzeźwym, a przy tym nerwowym, kłótliwym, czasem niebezpiecznym. Niebezpieczny był do momentu , w którym brat nie stał się silniejszy od niego. Tak nawiasem.

Ale do sedna. Pamiętam piękne chwile- spacery po lesie, jego opowieści , moje pytania i jego odpowiedzi – ciekawe. Pamiętam jak marzyłam o posiadaniu psa, ale mama się nie zgadzała. Zabrał mnie do kolegi, który miał 3 wielkie bestie – to było chyba z 15 lat temu, ale pamiętam imiona – Cezar, Gudłaj i Dragon. Ten ostatni- czarny, szurnięty, wąchający swoim wilgotnym zimnym nochalem wszystko co było w zasięgu. Mogłam wychodzić z nim na spacer, bo tolerował mnie , pomimo, że ledwo znał.

Pamiętam wyprawy na grzyby, świtem, kiedy rosa moczy ubranie prawie do ud, a promienie wschodzącego słońca barwią wszystko na ciepły bursztynowy kolor. Albo spacery zima, kiedy śnieg oblepiał każdą najdrobniejszą gałązkę, kiedy każda skała , każdy korzeń i każdy pień obsypany był tak dokładnie jakby ktoś zarzucił śnieżnobiałe prześcieradło.

Pamiętam rozpoznawanie śladów zwierząt i smutek, kiedy znaleźliśmy martwego zajączka.

Pamiętam też wspólne rysowanie, i codziennie rano , kiedy budził mnie do szkoły , irytujące „telewidzuuuuuuuuu” :)

Ale pamiętam też, że nigdy nie mogłam swobodnie mówic, że musiałam się bać każdego słowa, bo nie wiedziałam, kiedy on wybuchnie, kiedy coś mu się nie spodoba. Pamiętam jak zabolało mnie, kiedy nie mogłam sobie poradzić z jakąś prostą czynnością, a on zaczął obrzucać mnie wyzwiskami.

Pamiętam, że nikt nie mógł mnie w domu odwiedzić poza najlepszym kumplem.

Pamiętam, jak rzucał czym popadnie, bo „zupa była za słona”, a w tym wypadku, podłoga brudna.

Jak uciekałyśmy z mamą do rodziny w innym mieście z chomikiem schowanym w litrowym słoiku.

I pamiętam jak okazało się, że ma raka płuc. Skończyło się picie. Znikanie z domu. Jedna chemia, następna. Odwiedziny w szpitalu, gdzie za każdym razem wywożono kogoś przykrytego w całości białym prześcieradłem od stóp po czubek głowy. I jego wzrok. I płacz przy pożegnaniu.

I pamiętam , jak pewnego razu wracając ze szkoły, zobaczyłam przed domem zapłakaną babcię, która przywitała mnie słowami „A. nie żyje”.

Chwila, jaki A.? Ojciec nie żyje? Ale jak to?! dostałam dziś 5 z niemieckiego, chciałam mu powiedzieć… Nie zdążyłam. Wypluł zawartość klatki piersiowej zanim dotarłam do domu. Nie miałam żadnego przeczucia, nic a nic. Weszłam do domu. Brata jeszcze nie było. Zapłakana mama. Bo , pomimo, że z 27 lat wspólnego życia może 7 było szczęśliwych, te 7 miesięcy trwania jego choroby na nowo ich zbliżyło.

Weszłam do pokoju.

Usiadłam obok na podłodze. Był taki… nieruchomy, chłodny.  Dotknęłam ręki. Przytuliłam policzek i dopiero zaczęłam płakać.

W kościele na pogrzebie nie potrafiłam powstrzymać bujania się w ławce i łez.

Mijały miesiące. początkowy żal, zaczął przemieniać się w poczucie spokoju. Nie było stresu, że ktoś zacznie krzyczeć. Że muszę uważać na każde słowo. Zaczęła się walka o mamę, która była w tak potężnej żałobie, że nie była w stanie wykonywać najprostszych czynności. Zamknęła się dla ludzi. Udało się po kilku latach. Pojawiły się nowe problemy, nowe radości. Ja natomiast… długo wyrzucałam sobie, że po kilku miesiącach od jego śmierci poczułam ulgę. A kiedy już się pogodziłam z tym uczuciem, usłyszałam od znajomej, że za każdym razem, kiedy z nią rozmawiał, mówił , że jestem jego ukochaną córeczką, najładniejszą, najmądrzejszą. Oczkiem w głowie. Popłakałam się. Dlaczego nigdy mi tego nie powiedział? Postanowiłam nie usprawiedliwiać go tylko dlatego, że umarł. Oceniłam go surowo. Poza pięknymi chwilami zaszczepił mi także brak pewności siebie, strach, niewiarę we własne siły. To człapało za mną większą część mojego życia.

Dlatego ja ciągle mówię mojemu dziecku, że je kocham. Że jest mądre, śliczne, że ze wszystkim na pewno sobie poradzi. Chciałabym, żeby nigdy nie dokonywało życiowych wyborów przez pryzmat przeżyć z dzieciństwa. Żeby dzieciństwo nie było dla niej balastem a czymś, co dodaje skrzydeł.

Stąd apel- nie kochajmy w środku. Kochajmy na zewnątrz, okazujmy, to jest tak cholernie ważne…