„słodkiego, miłego życia…”

Dawno, dawno temu, żyła sobie… białogłowa lat około 16.

Samotna. Bardzo. Jak „każda” nastolatka.

Z głową zapełnioną marzeniami i pragnieniami, których istoty nie potrafiła tak naprawdę dokładnie sprecyzować. W jej głowie utrwalił się obraz siebie jako drobnej istoty, którą powinien porwać rycerz na białym ( czarny albo sinokoperkowy też mógłby być) rumaku.

Jako, że rzeczywistość odbiegała odrobinę od świata wyobrażeń, dziewczę popadało coraz bardziej w melodię smutku, pragnienia poczucia bezpieczeństwa, posiadania bratniej duszy, do której można by było przybiec z płaczem, przytulić się czy roześmiać wtedy kiedy trzeba. Jako, że takie osoby , płci męskiej oczywista sprawa, pojawiały się i znikały po chwili ( tu posłużę się niejako teorią psychologiczną mającą zapewne na celu uciszyć te diablęta nazywane wyrzutami sumienia) , dziewczę lokowało swoje młodzieńcze, żarliwe uczucia, w każdym, kto choć przez chwilę ogrzewał jej serce ciepłem dotyku, pocałunku, co nierzadko ( jako, że należało do osobniczek niebrzydkich, mających w sobie „to coś” – przez co kolega tatusia o mało nie został pełnoprawnym pedofilem) kończyło się stosunkiem seksualnym z satysfakcją tylko i wyłącznie dla jednej strony. I nie była to JEJ strona.

Cynicznie. Wielu nazwałoby ją pewnym określeniem , z reguły kierowanym w stronę pań przy drodze, i nie byłoby to poprawne politycznie stwierdzenie „nierządnica”.

Ale poza tym, dziewczę było bardzo wrażliwym, czułym i dostrzegającym wiele piękna w otaczającym świecie pierwiastkiem. Uwielbiało samotne ( z konieczności niejako)  spacery po lesie, który otaczał wielkim, różnorakozielonym pierścieniem niewielką miejscowość. Uwielbiało śmiać się, choć powodów było czasem niewiele. Uwielbiało spacery z wielkim kundlem, który nigdy nie potrafił utrzymać nienapiętej smyczy, pstrykanie zdjęć starym analogowym aparatem na kliszę, i wchodzenie na niezabezpieczone skały , z których upadek nie skończyłby się zbyt pomyślnie. Ot, taki dreszcz emocji. Do którego zamiłowanie pozostało jej do dziś… Ale o tym później.

Jej serce czekało , żeby dać w końcu swoje całe ciepło komuś, kto nie wykorzysta tego tylko dla siebie i odda ten cały ogrom skal temperatur. I ( tak, wiem, nie powinnam zaczynać zdania od „I”), rzeczywiście, spośród kilku mniej ważnych, i jeszcze mniej satysfakcjonujących psychicznie i fizycznie – znajomości- po ok. 10 latach, nie dziewczę już , a kobieta bliżej trzydziestki niż dalej… jest w stanie przypomnieć sobie maksymalnie dwie. Pierwsza- romans z mężczyzną pociągającym, starszym o lat 16 , żonatym w dodatku, co nie miało dla niej najmniejszego znaczenia… Wszak to on miał żonę i dzieci, i to on winien decydować. Seks… bez fajerwerków, ot kilka spotkań na łonie natury , w samochodzie, kwiatku, pysiu, kociaczku… Swoją drogą… skąd on zawsze wiedział, kiedy miała dni płodne…? To nieważne, znajomość trwająca około roku, może półtora, zakończona naturalnym biegiem, bez płaczu, żalu, tęsknoty.

Jedyne słowa, które zapadły w pamięć z tej przygody? „Tylko się we mnie nie zakochaj…” – wypowiedziane ciepłym , łagodnym tonem, który sprawił, że stało się dokładnie odwrotnie.

 

Druga znajomość warta zapamiętania… Rozpoczęta w sposób dość ryzykowny, późnym wieczorem, wracając z pracy autostopem, kiedy zmęczenie i brak transportu do domu sprawiło, że żadne, absolutnie żadne niebezpieczeństwo nie było w stanie jej powstrzymać przed zatrzymaniem przypadkowego auta. W środku panów dwóch,  wiek ok. 30. Porozrzucane puszki z piwem ( nie puste i to był dobry znak akurat).  Na koniec 10 minutowej podróży wymiana numerami telefonów z kierowcą, który po drodze groził wywiezieniem do lasu… Żartem, jak się okazało, skoro jeszcze mogę pisać.

Znajomość w bardzo dynamiczny sposób przerodziła się w serię spotkań o charakterze bardzo bardzo erotycznym. Jeśli miałabym sobie przypomnieć uczucia , które wtedy mną targały… ( zmiana sposobu narracji, wiem, ale w tym momencie tak mi wygodniej).Po pierwsze zakochałam się, nie wiem sama dlaczego, wszak od niego nigdy żadnych deklaracji nie było. Ale to nie miało dla mnie znaczenia. Byłam w stanie zgodzić się na wszystko… Ta znajomość okazała się o tyle cenna, że pokazała młodej dziewczynie, czego tak naprawdę chce… w łóżku. I wszędzie poza nim. Ta dziewczyna, miła , sympatyczna, pomocna, uznawana za dziecię idealne przez większość sąsiadów i jakże opiniotwórczych znajomych rodziców- otóż ona…  zobaczyła, że nic nie wzbudza bardziej jej pożądania niż zupełne poddanie się partnerowi. Ale to nie może być partner byle jaki.

Jego oczy muszą mówić ” jestem samcem alfa, to ja decyduję, o wszystkim, o TOBIE. O twoim ciele. O Twojej duszy”.  Nic bardziej nie było w  stanie sprawić, że płynęła , niż wygięte do tyłu ręce, wypięta pupa i oczekiwanie na ruch samca, amatora jej ciasnej dziurki, pierwotnie nie stworzonej do odbywania stosunków seksualnych ( chociaż , Bóg potrafi ponoć płatać takie figle, że kto Go tam wie).

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie czasu trwania tej „przygody”. Wiem, że zakończona została Jego wyjazdem do pracy, moimi łzami przez kilka miesięcy, a potem niespodziewanymi odwiedzinami. Pamiętam próbę rozebrania mojej osoby i przyciągnięcia bez zbędnych ceregieli mojej głowy do swojego krocza z naprężonym penisem. Niemałym. Jednak wtedy… mój honor ( jeśli mogę w ogóle powiedzieć o jego istnieniu) wziął górę . Wyrwałam się, choć wiem, że gdyby rzeczywiście tego chciał…

Wtedy widzieliśmy się po raz ostatni. Choć, jak się okazało 10 lat później… to nie był ostatni kontakt.

 

Tak w skrócie wyglądały dwa lata wyjęte z mojego życia… Przelotne znajomości, eksperymenty, próby… Przerwane w międzyczasie smutnym , jakby nie było wydarzeniem- śmiercią ojca. Początkowy żal , po jakimś czasie przerodził się jednak w skrywaną głęboko w sobie ulgę… Wreszcie , bez obawy , co powie tata alkoholik, można w domu powiedzieć to, o czym się naprawdę myśli, bez obawy, że on zaraz wybuchnie, zwyzywa. Bez obawy, że pod nieobecność brata zbije mamę… Która ostatkiem sił starała się trzymać cały ten bałagan w kupie.

Niedługo po Jego śmierci, stał się CUD!!!! Tak, CUD. Tak wtedy pojmowałam to wydarzenie. Poznałam człowieka, który pragnął się mną zaopiekować, dać mi szczęście, miłość, dom… Zdałam maturę, zostawiłam swoją piękną miejscowość, która wtedy kojarzyła mi się tylko z samotnością. Wyjechałam do niego. Duże miasto. Studia. Wielka miłość. Otrzymałam wszystko to , co mi obiecał… Miłość, szacunek, dom, pieniądze, okupione niewielkimi trudnościami. To nic…. W zamian… oddałam całą siebie. I tu w końcu, dobijam do sedna „bajki”. Oddałam własne zdanie, wymagania, pragnienia seksualne, oddałam całą siebie, złożyłam na ołtarzu zgody, spokoju, braku kłótni, które tak często zdarzały się w domu. Czasem z czymś się nie zgadzałam, ale to nic, myślałam, przeżyję. Przecież ON traktuje mnie jak księżniczkę. Nigdzie nie wychodzimy? Przez 7 lat? To nic… Ciężko pracuje , jest zmęczony, to on zarabia, nie mam prawa prosić…, ja sama nigdzie nie mogę iść ? Bo się krzywi? To nic… Nie muszę, jest zazdrosny, to znaczy, że kocha…

W międzyczasie przyszła na świat córka… kochany anioł, który pokazał nam , jak to jest – kochać kogoś do granic możliwości, być do granic możliwości bezsilnym, wściekłym, i jednocześnie nadal bezgranicznie w niej zakochanym…

Mój świat zaczął więc kręcić się wokół domu, przychodni, spożywczaka i przedszkola… Bez dnia przerwy, każdy dzień przez 3 lata ( po 4 poprzednich również takich samych za wyjątkiem przychodni i przedszkola) wypełniony zupełnie identycznie.

Seks… Raz na 2-3 tygodnie, czasem raz na 2 miesiące. Ciągle w tym samym miejscu, ciągle w ten sam sposób.

I przełom. Mąż , od niedawna, bo postanowiliśmy zalegalizować związek, coby ułatwić sobie sprawy urzędowe ( pełen romantyzm), wyjechał do pracy i wracał tylko na weekendy. Pierwsze kilka tygodni, tęsknota. Ogromna. Płacz i zgrzytanie zębów.

Kolejne, mhm, coś na kształt poczucia wolności, nie odczuwanego od bardzo dawna… Nikt się nie krzywi, nikt nie wymaga… Zaczęło być mi dobrze i zaczęłam się zastanawiać , dlaczego tak się dzieje… Co jest w moim związku nie tak i dlaczego jest mi tak dobrze samej? Doszłam do kilku wniosków, zauważyłam kilka wad…

Nadszedł moment , kiedy zdałam sobie sprawę, że od długich 8 lat, moje potrzeby seksualne nie są realizowane, że stałam się marionetką w dłoniach swojego męża, bez własnego zdania, maszynką do załatwiania spraw urzędowych, kupowania majtek , skarpetek, automatem służącym do rejestrowania u dentysty 35 letniego człowieka. Że stałam się matką, od czasu do czasu kochanką, ale nie żoną. Ale najgorszą rzeczą było uświadomienie sobie, że to JA, to właśnie Ja , jestem temu wszystkiemu winna. Bo małżonek , myślał zapewne, że skoro nic nie mówię, to wszystko jest w najlepszym porządku. No bo każdy normalny w miarę człowiek, chyba pomyślałby w ten sposób…

Jednak pierwsze , co dało mi o sobie znać pod Jego nieobecność, to moje potrzeby seksualne, fizyczne. Miałam bardzo dużo wolnego czasu, na zastanowienie się nad nimi. Przestało mi wystarczać zadowalanie się samej.

Moje fantazje znalazły ujście w pisaniu opowiadań… Erotycznych to jest bardzo delikatnie powiedziane. Próbki na pewno znajdą się gdzieś tutaj…

I poprzez opowiadania, stało się coś, co wybudziło mnie z letargu… Ale to już nie należy do historii. To jest jak najbardziej obowiązująca teraźniejszość, i choć jej kształt nie jest taki, jakbym mogła sobie tego życzyć… Cenię ją , jako nową naukę, nowe doświadczenie. Ale o tym kiedy indziej…

Jest taki dzień i każdy tak ma… Nie. Nie każdy.

Jest , a w sumie był ostatnio taki dzień, kiedy naprawdę, z cała pewnością, stojąc pod prysznicowym strumieniem wody zalewającym mi twarz… wiedziałam dokładnie, która kropla jest łzą.  Łzą nad tym co straciłam, i co zyskałam w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Łzą nad cholerną niemocą, kiedy wiesz, że albo wybierzesz własne życie, własne dobro i pójdziesz swoją własną ścieżką, albo znów złożysz w ofierze- tym razem ołtarzem jest pełna rodzina dla ukochanej córki- własne emocje , uczucia , potrzeby. I nie wiesz co wybrać, bo żadna droga nie jest dobra…