Życie to sztuka wyboru… podobno. No tak, tylko dlaczego ja, ponoć niegłupi osobnik płci żeńskiej- byłam przez całe życie przekonana, że ten wybór to będzie „cukier w kostkach czy zwykły”? Dlaczego nastawiłam się na najprostszą z możliwych opcji, najłatwiejszą, że życie samo się przeżyje, za mnie dokona najcięższej pracy? Dlaczego myślałam, że miłość trwa wiecznie a seks nie jest ważny? Głupiaś… tak teraz sobie myślę…

Bo oto okazuje się, że miłość… odchodzi nie wiadomo kiedy i jeśli nie zauważy się w porę tej ulotnej, półprzezroczystej chwili, kiedy nie złapie się jej za kaptur z głośnym krzykiem „wróć!”…- może odejść bezpowrotnie, trwale, zostawiając za sobą pustkę, obleczoną skorupą żalu, niedowierzania, łez.

Nagle zostaję postawiona przed wyborem… Przed tysiącami pytań. Nie, nie przed tysiącami. Gdyby tak było, pewnie żadne z nich nie byłoby wystarczająco ważne.

Pytam siebie: jak mam dalej żyć? Bez miłości? Pożądania? Czy tak się uda? Kiedy to, co kiedyś wydawało się słodkie, miłe, teraz powoduje irytację, kiedy dotyk zamiast ogrzewać, chłodzi… Kiedy mogłabym się przytulać i głaskać bez końca, ale najlepiej, gdyby za tym nie kryło się nic więcej.

Kiedy widząc w Jego oczach pożądanie, moje budzi się … i zasypia po chwili. Kiedy drażni smak i zapach… Który kiedyś był nektarem, dawał siłę do życia.

Kiedy , za każdym razem , kiedy spoglądam w Jego oczy, mam ochotę przepraszać… że jestem jaka jestem. Że czuję tak, jak czuję i że nie potrafię tego zmienić.

Kiedy widzę ogrom miłości kierowany w moją stronę, który bombarduje bramę mojego serca, a ono zachowuje się jak mur osiemnastowiecznego zamku- jest twarde i zimne.

30 dni na dokonanie wyboru- żyć razem, dać dom 2+1 ukochanemu aniołowi, naszej 3,5 rocznej świętości… Czy żyć osobno… Na dwóch przeciwnych krańcach Polski.

Jak bardzo trzeba kochać, żeby, wiedząc o celu rozłąki, powiedzieć „jedź, baw się dobrze, tylko wróć…, nie potrafię żyć bez Ciebie…a nawet jeśli dokonasz innego wyboru- tutaj zawsze jest Twój dom…”