Czasem mam wrażenie, że naprawdę ktoś powinien mi w prezencie kupić kaftan bezpieczeństwa. Przez dwa lata jęczałam i stękałam, że jestem sama ( w jakim związku-relacji-układzie bym nie była) – że nie mogę na Niego liczyć, że muszę być silna, niezależna etc. Nie zawsze miałam na to siłę, choć wiadomo, człowiek zawsze znajdzie jej w sobie trochę więcej niż mogłoby się wydawać. Cytując matkę boską Chodakowską – „pamiętaj, Twoje ciało może więcej niż podpowiada Ci Twój umysł”.

No i w końcu bach. Graal został odnaleziony. Wszystko na swoim miejscu- wszystko czego szukałam w pigułce. A ja od kilku dni mam wrażenie, że ciągle narzekam, że ciągle coś mi nie pasuje. Może to jakaś reakcja obronna organizmu? Może tak mi fajnie było kiedy byłam sama? Mogłam się poużalać, ponarzekać, w końcu pochwalić jaka to jestem fantastyczna, bo ze wszystkim radzę sobie sama? A teraz? Jest On, mam połowe zmartwień mniej, od cholery poczucia humoru, dbania o mnie. No a na dodatek On, wymaga, żebym dbała o siebie- o kręgosłup, kolana , piła dużo wody ( bo 300 ml dziennie to odrobinę mało) – no BEZCZELNY prawda…?