Zastanawiam się czasem… co ja zrobiłam ze swoim życiem… takim zwyczajnym, nudnym życiem, za który łapska dałoby sobie poucinać wielu…

Dlaczego nie wystarczało mi to, co miałam, dlaczego tak potrzebuję do życia tych cholernych emocji. Dlaczego nie mogę być zwykłą 27 latką , jęczącą, że głowa ją boli , albo ma okres, albo jakieś pieczarzaki się zalęgły i nie może.

Jaka jestem… sama nie wiem. Nie jestem chyba złym człowiekiem. Zagubionym. Na pewno. Ostatnio bardzo wierzę w to, że wszystko się poukłada. Że jakimś sposobem poradzę sobie, znajdę pracę, mieszkanie. Że moje pozytywne podejście do ludzi zaprocentuje. Że ktoś da mi szansę. może tak będzie… Ostatnio wciąż słyszę, że jestem „ogarnięta” , nawet od ludzi, którzy poznali mnie dzień wcześniej. Ale czasem łatwiej im jest w to uwierzyć niż mi samej. Niby wierzę w siebie, ale… Łapię się na tym, że myślę o sobie jak o potworze. Ogarniętym, miłym, słodkim, takim w którym podobno łatwo się zakochać… potworze.

Wiem, że potrafię manipulować… tak jak nigdy bym o to siebie nie podejrzewała. Kłamać… Tak samo. Potrafię też oddać się w zupełności i kochać bez opamiętania.

To dziwne… i mam nadzieję, że nie jest złudzeniem, ale pomimo tej mieszanki uczuć , które we mnie kipią, pomimo tego cholernego braku ciepła, którego każdy najmniejszy przejaw chłonę jak gąbka, pomimo całego pomieszania, które ciągle mi towarzyszy… tego poczucia, niebezpiecznego zresztą, że zerwałam się ze smyczy- pomimo tego wszystkiego czuję jakąś dziwną euforię.

Zawsze bałam się pójść do pracy. Nie wierzyłam, że coś potrafię, a przede wszystkim bałam się, że ludzie mnie nie zaakceptują ( takie tam, demony przeszłości). Teraz , kiedy w każdej dziedzinie swojego życia postawiłam na siebie… okazuje się, że ludzie widzą we mnie kogoś wartościowego. Kogoś komu warto pomóc. Kogo w chwili słabości warto przytulić. Znoszą moje specyficzne poczucie humoru, akceptują taką, jaką jestem, a nawiązując do poprzedniego wpisu, o zaufaniu- wiedzą o mnie z reguły dużo, bo ja też, słusznie albo nie, uzewnętrzniam się. I staram się nie mówić o sobie na siłę dobrze. Zawsze powtarzam- nie jestem aniołkiem, zrobiłam wiele złego. Ale taka jestem. A oni wbrew zdrowemu rozsądkowi starają się szukać we mnie dobra.

Dlaczego… może rzeczywiście tak jest? Chciałabym w to wierzyć. Choć ciężko mi, bo pisząc to, słyszę jak za ścianą ktoś, kto kiedyś był mi bliski uderza raz po raz w masywne biurko , pewnie ręką, łamie płyty, pewnie ze zdjęciami. Słucha muzyki, która nie jest oznaką dobrego nastroju. Rozumiem to i wiem, że to przeze mnie. Nie rozgrzeszam się. Ale … inaczej nie umiem… Czasem chciałabym umrzeć. Trafić  w końcu do tego wyśnionego piekła i nie ranić nikogo więcej. Ale to byłoby zbyt proste.