Trochę ponad rok temu byłam żoną, i nawet nie zdawałam sobie sprawy jak wiele rzeczy chciałabym zmienić. W ciągu dwunastu miesięcy wszystko odwróciło się tak maksymalnie jak tylko mogło się odwrócić. Bardzo rzadko dopadają mnie rozważania, na temat , co by było gdyby… gdyby wszystko było ok, nie poznałabym kogoś innego…? Czy gdybym nie poznała kogoś innego wszystko byłoby ok…? Jedno z dwóch.

Rok temu, byłam tak niepewna siebie, że na myśl o pracy wśród ludzi dostawałam gęsiej skórki .

Rok temu… Myślałam, że życie tak musi wyglądać… Że moje pragnienia są złe i nigdy nie powinny i nie zostaną spełnione. Bałam się nawet o nich wspomnieć w obawie przed reakcją. Oceną.

Rok temu… Chyba jeszcze kochałam swojego męża. Jeszcze nie przewidywałam, że za rok nie będziemy ze sobą rozmawiać, tak jak teraz…  Że będziemy się niemal nienawidzić. Kręci mi się w głowie. Czasem , tak jak teraz , przychodzi moment, kiedy jestem wręcz przerażona. Tym co się stało i w jakim tempie. Pewnością co do słuszności podjętych decyzji. A co , jeśli nie są właściwe? Jak taran parłam do celu nie zważając na niczyje uczucia. Nawet nie staram się nad nimi zastanawiać. Staram się nie wczuwać w Jego sytuację, bo boję się, że z litości przyjdzie mi ochota na naprawę wszystkiego i wrócę do punktu wyjścia. A nie mogę tego zrobić. Nie chcę.

Teraz, pomimo, że kocham, spędzam samotne weekendy, i będę spędzać święta, i wszystkie ważne dni w moim życiu. Zaakceptowałam to jako cenę uczuć. Nie jest łatwo. Cholera, nie jest łatwo.